sobota, 11 marca 2017

Piąte brzęczenie

Pszczelą Łapę obudził donośny krzyk z zewnątrz legowiska. Początkowo miała niemalże niezachwianą pewność, że należy on do jej liderki, Upadającej Gwiazdy, jednak w miarę rozbudzania się traciła ją. Przecież kotki nie mają tak głębokiego i niskiego głosu, prawda? Terminatorka wbiła łapy w piach. Domyślała się, że to zebranie w jej sprawie i właśnie dlatego nie miała zamiaru wychodzić. Gawronia Gwiazda nie odmówi okazji ośmieszenia Klanu Cienia i jego nic nie umiejących uczniów. Powoli wycofała się w jeszcze głębszy kąt nory. Nie wiedziała, co powinna teraz robić - ona, biedna, głupia kotka.
Gwiezdny Klan jednak nie przeznaczył jej do spokojnego ukrywania się w cieniu - zdecydowanie nie. Do legowiska wszedł wielki, umięśniony kot. Jego pysk wykrzywiał grymas niezadowolenia, zupełnie jakby chciał odebrać innym całą przyjemność z życia, w przypadku Pszczółki już nieco wątpliwą.
  - Chodź. - Pszczela Łapa nie była do końca przekonana, czy chce spełniać rozkaz nieznajomego kocura. Ten zamrugał zmieszany i podszedł do niej pogłębiając grymas. - Nie bój się, chodź! Gawronia Gwiazda nie jest taki straszny - próbował przekonywać kotkę.
 - Nie-e. Boję si-i-ię - wymamrotała kładąc uszy po sobie i zawieszając wzrok na łapach.
 - Idź, dziecko. - Z cienia wyłoniła się chuda kotka. Pszczela Łapa przyjrzała jej się, na tyle dokładnie, na ile pozwalało jej skromne oświetlenie. Była to niska, zapewne kiedyś krępa kocica, która widocznie przeżyła już lata swojej świetności. Mimo to nadal można było zobaczyć, że jej lekko spłaszczony pyszczek był ładny, mimo nieco zmętniałego wzroku złocistych oczu, prawdopodobnie spowodowanego licznymi chorobami, które już dawno zaczęły wyniszczać jej organizm. Kościste ciało okrywało rzadkie, długie futro w kolorach bieli i czerni.
Kremowa kotka wzdrygnęła się słysząc nagły atak kaszlu, który pozbawił starszą tchu. Gdy kocica odzyskała panowanie nad sobą westchnęła głęboko patrząc ze smutkiem na przybyłego kocura.
 - Wyjdź, Osobliwy Pysku. Zaprowadzę tę kotkę zamiast ciebie, nie jestem jeszcze na tyle stara, żeby nie dać sobie rady z kociakiem ze skręconą łapą - miauknęła ciepło, patrząc na wojownika z bladymi iskierkami radości w oczach. Ten zmieszany próbował wymamrotać słowa sprzeciwu, jednak świdrujący wzrok pełen radosnego szaleństwa przekonał go do szybkiego wycofania się.
"Pewnie jest kimś bardzo ważnym... może była kiedyś przywódczynią?" pomyślała Pszczela Łapa wstając chwiejnie. "Gromowicze są dziwni." Zmarszczyła czoło spoglądając w stronę biało-czarnej seniorki. "Jak można się bać kogoś tak... chuderlawego? To tylko starsza, nie jest w stanie zrobić większej krzywdy!" Terminatorka natychmiast zganiła się w myślach za takie rozumowanie. Przecież to przeszłość Klanu, te koty widziały więcej niż młodzi i pełni werwy wojownicy.
 - Jestem Jaskółcze Serce. Znaczy... byłam nim, dopóki nie zostałam Płaską Mordką. Ale proszę, zwracaj się do mnie pierwszym imieniem. To przypomina mi lepsze czasy. A teraz, jeśli pozwolisz wyjdziemy razem na zebranie. - Kocica podeszła i położyła swój wyliniały ogon na grzbiecie Pszczelej Łapy, zachęcając ją do wyjścia na zewnątrz nory. Cienisty kociak niepewnie na nią spojrzał i pociągnął nosem.
Jaskółkcze Serce powoli ruszyła do wyjścia na zewnątrz legowiska, a Pszczółka mozolnie podążyła za nią. Z jednej strony nieco bała się seniorki, a z drugiej zdawała się być przyjazna i swoją obroną wobec niej zasłużyła sobie na przyjazne zachowanie i szacunek Pszczelej Łapy. Nie to, że gdyby nie ratunek od Osobliwej Mordki, czy jak tam mówili na potężnego wojownika, starsza nie miałaby od niej jakiejkolwiek atencji!
Z polany, na której odbywało się zwołanie dobiegały głośne miauknięcia, pełne ekscytacji i niecierpliwości, lub znudzenia, oburzenia i wściekłości. Tych drugich było zdecydowanie więcej i z każdą chwilą ich przybywało. Wcześniejszy lekko wywietrzały zapach ziół i kotów zastąpił intensywny smród zdenerwowanych  Gromowiczów.
Gdy Pszczela Łapa wyszła z legowiska medyka większość spojrzeń kotów skierowało się na nią. Po wcześniejszej, jak podejrzewała Cienista, radosnej atmosferze nie pozostała nawet mała jak u myszy kostka. Seniorka poprowadziła ją pod kamienną jamę, której zamglony zarys z wczoraj pamiętała biszkoptowa. Wydawało się jej, że była nieco większa i potężniejsza, niż ta, którą widziała niecały wschód słońca temu. U jej góry usypany był niewielki kopczyk z kamyków, który trzymał się tylko dzięki błocie i mchu, który wyrastał ze szpar pomiędzy kamieniami.
Jaskółcze Serce usiadła pewnie przed górką i poruszyła uchem, dając znać Pszczole, że ma zrobić to samo, co szybko zrobiła. Nie była jednak tak dumna i nie wyglądała tak szlachetnie, jak starsza. Przypominała bezkształtny, dążący z przerażenia worek na kości. Kupkę futra. Takie nic, które można unicestwić jednym dotknięciem wąsa, jednym dmuchnięciem. Albo jednym groźnym spojrzeniem, których teraz miała dookoła bardzo dużo.
- A więc to ty przekroczyłaś naszą granicę. Zdajesz sobie sprawę, że to nie było kilka kroków od Klanu Cienia i lekkie kary już cię nie dotyczą? Kodeks wyraźnie mówi, aby nie przekraczać granic. Masz coś do powiedzenia na swoją obronę? - zapytał jeden z dwóch kotów, które siedziały na kopczyku. Miał szarą sierść z białym podbródkiem i piersią. Biła od niego pewność siebie, niemalże zmieszana z narcyzmem, porywczością i gotowością na martwienie się wszystkim i wszystkimi. Drugim kotem, który siedział na kopczyku był wysoki czarnofutry kot, którego widziała wczoraj w nocy. W przeciwieństwie do szarego w jego oczach odbijało się zmęczenie i obojętność na resztę świata. Jego zainteresowanie sprawą wzrosło jednak, gdy stanęła przed nim Pszczela Łapa wraz z Jaskółczym Sercem. Wyglądał jak znudzony człowiek, który dotąd widział tylko scenę wypełnioną nic nie znaczącymi aktorami, który poza robieniem szumu i przedstawianiem spektaklu bez drugiego dna, by zaraz potem ożywić się na widok pozornie nużącej sztuki, która przekazuje mu nowe wartości. Jednak z całą mocą Pszczela Łapa była gotowa stwierdzić, że w tym momencie nią była ani trochę inspirująca. A przynajmniej mogłaby tak powiedzieć, gdyby wiedziała, kim jest aktor, czym jest przedstawienie oraz spektakl.
- Nie-e - miuknęła cicho, kuląc się jeszcze mocniej i zamykając oczy. - Nie-e, nie ma-am.

niedziela, 12 lutego 2017

Sa-a-amolubny oneshot

›akcja rozgrywa się przed "Firestar's Quest"‹
Czarno-biały kot z lekkim trudem wdrapał się na drewniane ogrodzenie swojego domu. Usiadł wygodnie, o ile było to w ogóle możliwe na czymś tak wąskim, jak jego płot, i nastroszył futro, zapobiegając zbyt szybkiemu marznięciu. Było już dosyć ciemno i zimno, jednak nie na tyle, by jego państwo postanowili, że go nie wypuszczą. 
Zmrużył swoje złote oczy i okręcił łapy ogonem, w oczekiwaniu na swojego dawnego przyjaciela. Od czasów dzieciństwa widział go tylko raz, w dodatku w niewielkim odstępie czasowym od jego odejścia. Co prawda jego miejsce zastąpił inny kot, niezwykle do niego podobny (swoją drogą miał nawet takie samo imię), ale nic nie mogło zastąpić mu  jego pierwszego kumpla z ogrodu obok.
"Najwidoczniej Henryk miał rację - dzikie koty ostrzą sobie pazury na kościach. Teraz nie tylko na zwierzęcych, ale i na tych rdzawych" pomyślał kocur. Wzdrygnął się i wykrzywił pyszczek w grymasie grozy, czując jak chłód strasznych myśli przeszywa jego ciało. "Ale będę dobrej myśli. Może to tylko moja wyobraźnia...?" dodał na pocieszenie samego siebie.
"Ano właśnie. Czemu on w ogóle to zrobił? Czemu mnie opuścił? Czy byłem dla niego złym przyjacielem? Albo po prostu był... (uh, znaczy się jest) samolubem? Egoistą, który myśli o sobie?". Czarno-biały szybko odrzucił tą myśl, starając zrzucić winę na samego siebie. "Nie, nie. To moja wina. Pewnie to przez to, że nie słuchałem gdy mówił o lesie. Mogłem starać się podzielać jego pasję, tak jak on moje... (co z tego, że moją jedyną pasją było i jest jedzenie?) albo był samolubem. Chociaż w sumie... gdybym prosił dłużej, żeby został ze mną zapewne spełniłby moją prośbę. Pamiętam, że miał takie śmieszne ogniki zawziętości w oczach... ogniki zawziętości. Zostawiłby mnie mimo to. Samolub, od siedmiu boleści!" skrzywił się delikatnie i jeszcze mocniej nastroszył czarno-białe futro na karku. To zdecydowanie nie było miłe z jego strony! Żeby tak go zostawić?
Kocur zmrużył oczy jeszcze mocniej, jakby starał się przebić gęstą ścinę drzew, aż do miejsca, w którym teraz mógł podziewać się jego dawny przyjaciel, lub, jak kto woli, kupka jego kości, zniszczona od ciągłego ostrzenia o nie pazurów. Zapewne robi teraz coś ważnego. Przykładowo bezsensownie walczy ze swoimi równie bezsensownymi wrogami z innej bezsensownej społeczności. "KLANY". Phi!
Łaciaty kot powoli wstał i balansując wszedł na ogrodzenie sąsiedniego ogrodu. Tego, który kiedyś należał do Rdzawego, a teraz także należy do Rdzawego, jednak nieco innego. Ten był zdecydowanie fajniejszy. Przynajmniej nie opuszczał nikogo dla lasu!
Kocur zeskoczył z płotu z gracją kuli do kręgli, po czym potoczył się do drzwi domu jego nowego przyjaciela. Przez klapkę dla kotów powoli wyszedł wysoki, smukły kocurek.
- Cześć, Łatku! - zaśmiał się i doskoczył do czarno-białego kota, który uśmiechnął się wesoło i poruszał życzliwie wąsami - Moi państwo sprawili mi dziś nowy drapak! Pokazałbym ci go, ale wiesz, jak będzie. Wyrzucą cię za drzwi i jeszcze ciebie nie będą wypuszczać z domu! A ty, Łatku? O czym tak myślisz? - zapytał przeciągając się. Spojrzał na Łatka zielonymi oczyma, w których iskrzyła radość i chęć zabawy. Jak u starego Rdzawego, a właściwie Ognistej Łapy*.
- Miałem kiedyś przyjaciela, Rdzawy! Był taki jak ty, z charakteru i wyglądu, naprawdę! Uwierz mi, gdyby ktoś postawił was obok siebie, to za żadną, ale to żadną piłeczkę na świecie nie potrafiłbym was rozróżnić. Ale jedna rzecz was różniła: ten dawny przyjaciel miał nietypowe hobby. Rozumiesz? Podczas gdy inni mają spanie, zabawę ze swoim państwem, hasanie po cudzych ogrodach, albo choćby kotki, on miał DZIKIE KOTY. - Rudzielec pokiwał w zaciekawieniu głową. - No, widzisz Rdzawy, ten znajomy dostał propozycję nie do odrzucenia, mianowicie: mógł odejść do lasu i żyć z dzikimi kotami, albo zostać pieszczochem. Roztyć się, jak Henryk, niechspoczywawpokoju, nudzić się i nigdy nie zaznać przygody. Wiesz, wiódł trudne życie, jak ostatnio go spotkałem to był strasznie chudy! Jakby nic od czasu ucieczki od ludzi nie jadł!
 - Spełniał swoje marzenia? Nie sprzeciwiałeś się? - spytał nieśmiało rudy.
 - Trochę się sprzeciwiałem. Wiesz, smutno było bez kogoś do pogadania... - odpowiedział kręcąc lekko głową.
Rdzawy pokiwał łbem, po czym powiedział:
 - W sumie to by było troszkę nie fair z twojej strony, gdybyś jednak go zatrzymał. Tak mi się wydaje. To w końcu było jego marzenie, prawda? To byłoby samolubne z twojej strony. Pewnie byłby nieszczęśliwy żyjąc jako pieszczoszek. A co to za życie, gdy jesteś nieszczęśliwy? - miauknął. Pociągnął nosem patrząc na zawstydzonego Łatka. Czarno-biały kocur spuścił głowę i pomachał nerwowo ogonem.
Rdzawy jednak nie musiał być samolubem. To on nim był.
---
Bardzo krótki oneshot, bo czemu by nie?
---
Smużek aka Łatek (swoją drogą wyszedł mi tutaj na strasznego hipokrytę, prawda?). Czy tylko mi jest troszkę go szkoda? Niby Ognista Gwiazda był kotem z przepowiedni, a jak wiadomo przepowiednie muszą się spełniać, ale... Troszkę mi szkoda Smużka. Mógłby być ciekawą postacią. A co sądzisz TY?
*Przypominam, że Łatek nie wie, że Ognista Łapa awansował na Ogniste Serce i Ognistą Gwiazdę.

Czawrte brzęczenie

byłam pewna, że już to wstawiłam |D
Pszczelą Łapę przeszedł dreszcz grozy. Więźniem? Ciesz się życiem, dopóki jeszcze je masz? A więc tak wyglądają potomkowie Ognistej Gwiazdy wobec innych Klanów. Nie są już najbardziej tolerancyjnymi ze wszystkich kotów. To... okropne! Jak można stać się tak niegodnym Gwiezdnych w nie więcej niż trzy, cztery pokolenia?
Kotka przymknęła oczy czując lekkie szczypanie w oczach, gdy krople krwi spływały jej do oczu. Oto dzieło synów wielkiego Ognistej Gwiazdy!
 - Wstawaj! - zawołał kocur, po czym zdjął z niej łapę i trącił nią w jej łeb. - Idziesz przede mną i nie próbujesz uciec. Nie uda ci się. Tak samo, jak nie uda ci się mnie przekupić, nędzny szpiegu - wypluł z siebie. Czemu wszyscy Gromowi wojownicy kierowali się w jej stronę z takim jadem? Jakby nagle zamiast kotów pojawiło się przed nią stado żmij i starało się ją oślepić plując jej w oczy. Było to niezwykle irytujące i niemiłe.
Pszczela Łapa podniosła się z trudem i stęknęła, gdy jej próby prostego stanięcia zostały brutalnie zniweczone. Jej prawa tylna łapa była obolała, najpewniej nieco uszkodzona przez niewłaściwe stanięcie na niej.
 - Zamknij się i idź! - syknął wojownik popychając ją do przodu. Kotka wymamrotała coś niewyraźnie i utykając ruszyła do przodu. Jak na jej pierwszą walkę poszło jej całkiem umiarkowanie. Żaden z jej braci nie potrafiłby zatrzymać tak silnych ciosów.
"Głupota! Może to dlatego, że nigdy nie weszliby na teren innego Klanu, mysi móżdżku!" miauknęła rozżalonym tonem w myślach.
Czemu nie posłuchała się Zająca? Czemu nie została w Obozie, tak, jak ją o to prosił? Była taka głupia i zaślepiona własnymi sprawami! Tak mocno wierzyła w to, że uda jej się przekonać Gwiazdę innego Klanu, że zaryzykowała własne życie, które mogło w każdej chwili się skończyć. A może po prostu odezwała się w niej chęć przygody, o których z takim zapałem opowiadali jej starsi członkowie Klanu? Nie widziała wtedy ich konsekwencji: koty te były pokryte licznymi bliznami, miały powykręcane kończyny, albo cierpiały na ich brak. Często skarżyły się młodym na bóle stawów, a to, co dotychczas Pszczoła uważała za zabawne nieporozumienia, stawało się zwykłym zanikiem słuchu, lub wzroku.
 - Nie wlecz się tak. Nie chcesz spotkać zmęczonego Gawroniej Gwiazdy. - Kotka niemalże poczuła, jak kocur się wzdryga. Czyli czyjeś zwykłe zmęczenie potrafi przerazić tak groźnego wojownika, jakim był nieznajomy? 
Nim kotka się obejrzała znalazła się w obozie Klanu Gromu. "To niemożliwe! - pomyślała, na przemian mrugając szybko i rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem. - Albo ich obóz jest niesamowicie blisko granicy, albo zbyt mocno skupiłam się na bólu".
Szczupły wojownik, który jej pilnował przywołał do siebie strażnika pilnującego wejścia do obozu i nerwowym szeptem zaczął mu coś tłumaczyć. Strażnik pokiwał głową i odszedł do niewielkiej kamiennej jamy, by po chwili wyjść z wysokim kocurem o lodowo-błękitnych oczach i lśniącym, czarnym futrze. Majestatyczny kot przywołał do siebie wojownika, z którym walczyła Pszczoła, a ten niemalże natychmiast znalazł się przy nim.
Strażnik podszedł do terminatorki i prychnął pogardliwie.
 - Do tej pory nie powinnaś żyć. Nie wiem, co napadło Wierzbowego Ogona, że przyprowadził cię tutaj. - Popchnął Cienistą łapą i skrzywił się widząc jak utyka. - Coraz gorzej trenują tam uczniów, za czasów mojego terminowania było lepiej - wymamrotał do siebie. Odprowadził ją pod norę, w której kiedyś prawdopodobnie mieszkały borsuki. Była dosyć duża i solidna.
 - Medyczko! - zawołał niecierpliwie machając ogonem. - Medyczko! Na Klan Gwiazd, jak można się tak powolnie poruszać! Toż to nawet pieszczoszki szybciej drepcą! - nie czekając na pojawienie się uzdrowicielki płynnym ruchem wepchnął tam Pszczelą Łapę, która sturlała się po piaskowym podłożu na sam dół legowiska.
Biszkoptowa zacisnęła mocno powieki tłumiąc płacz. Zwinęła się w kłębek i pociągnęła nosem. Nie do końca rozumiała co właśnie się stało, ale wiedziała, że to na pewno nie jest dobre ani dla niej, ani dla jej Klanu. Gdyby była chociaż trochę mądrzejsza... Czemu składała się tylko i wyłącznie z głupoty i odrobiny szczęścia, która uratowała ją przed utratą wzroku?
 - Uspokój się. Na-ten-tych-miast, smarkulo! - usłyszała chrapliwy głos, najprawdopodobniej należący do starszej kotki. - Że też ta młodzież nie może sobie robić wypraw do, dajmy na to, jeziora! Wtedy nie byłoby takich kłopotów, od razu by się głupie bachory potopiły! Usiądź prosto! Podnieś głowę i się nie trzęś. Nie trzęś się, powiedziałam. Głucha jesteś? - Pszczela Łapa wykonywała polecenia bez najmniejszego sprzeciwu. Kilka razy nie udało jej się powstrzymać pociągnięcia nosem, za co od razu dostawała reprymendę od starszej kocicy.
 - A teraz patrz... Nie, nie, nie otwieraj oczu, to było metaforycznie... i się ucz! Przyda ci się w przyszłości. Bierzesz nagietek, korzeń albo liście łopianu, bez różnicy, i korzeń trybuli. Przeżuwasz, wypluwasz i taką papkę nakładasz na rany. Powinno zniwelować infekcje, ale oczywiście, jak Gwiezdni mocno wzywają, to nawet dziewięć żyć nie pomoże, bo zabiorą. No. A teraz masz, zjedz - miauknęła zadowolona medyczka i wepchnęła do pyszczka Cienistej niezidentyfikowane zioło o gorzkim smaku. Ta przeżuła je niechętnie powstrzymując krzywienie się pyszczka. Roślina była niesmaczna i wchodziła pomiędzy zęby. - To rumianek. Dużo rumianku. Powinien pomóc ci się uspokoić.
Pszczela Łapa nagle przekręciła głowę słysząc głośne pochrapywanie w, jak podejrzewała, kącie nory. Zapewne uczeń tej medyczki, ewentualnie jakiś pacjent.
 - Wypluj zioła i idź spać - mruknęła gromowa kocica. Pszczela Łapa posłusznie wypełniła jej polecenie i położyła się w kącie legowiska.
Ani trochę nie chciała myśleć o tym co zrobiła. Ani trochę nie chciała myśleć o tym co się wydarzyło, oraz ani trochę nie chciała myśleć o panice, jaką wzbudzi, gdy reszta klanu odkryje brak jednego z uczniów. Przyznawanie się do winy było niezwykle męczące, zwłaszcza, gdy i tak na nic nie ma się siły.
Ale w końcu będzie musiała przyznać się do głupoty, jaką popełniła. Kotka obawiała się, że to "w końcu" uderzy niespodziewanie i z pełną siłą, jak łapa borsuka spada na bezbronnego kota.