niedziela, 12 lutego 2017

Sa-a-amolubny oneshot

›akcja rozgrywa się przed "Firestar's Quest"‹
Czarno-biały kot z lekkim trudem wdrapał się na drewniane ogrodzenie swojego domu. Usiadł wygodnie, o ile było to w ogóle możliwe na czymś tak wąskim, jak jego płot, i nastroszył futro, zapobiegając zbyt szybkiemu marznięciu. Było już dosyć ciemno i zimno, jednak nie na tyle, by jego państwo postanowili, że go nie wypuszczą. 
Zmrużył swoje złote oczy i okręcił łapy ogonem, w oczekiwaniu na swojego dawnego przyjaciela. Od czasów dzieciństwa widział go tylko raz, w dodatku w niewielkim odstępie czasowym od jego odejścia. Co prawda jego miejsce zastąpił inny kot, niezwykle do niego podobny (swoją drogą miał nawet takie samo imię), ale nic nie mogło zastąpić mu  jego pierwszego kumpla z ogrodu obok.
"Najwidoczniej Henryk miał rację - dzikie koty ostrzą sobie pazury na kościach. Teraz nie tylko na zwierzęcych, ale i na tych rdzawych" pomyślał kocur. Wzdrygnął się i wykrzywił pyszczek w grymasie grozy, czując jak chłód strasznych myśli przeszywa jego ciało. "Ale będę dobrej myśli. Może to tylko moja wyobraźnia...?" dodał na pocieszenie samego siebie.
"Ano właśnie. Czemu on w ogóle to zrobił? Czemu mnie opuścił? Czy byłem dla niego złym przyjacielem? Albo po prostu był... (uh, znaczy się jest) samolubem? Egoistą, który myśli o sobie?". Czarno-biały szybko odrzucił tą myśl, starając zrzucić winę na samego siebie. "Nie, nie. To moja wina. Pewnie to przez to, że nie słuchałem gdy mówił o lesie. Mogłem starać się podzielać jego pasję, tak jak on moje... (co z tego, że moją jedyną pasją było i jest jedzenie?) albo był samolubem. Chociaż w sumie... gdybym prosił dłużej, żeby został ze mną zapewne spełniłby moją prośbę. Pamiętam, że miał takie śmieszne ogniki zawziętości w oczach... ogniki zawziętości. Zostawiłby mnie mimo to. Samolub, od siedmiu boleści!" skrzywił się delikatnie i jeszcze mocniej nastroszył czarno-białe futro na karku. To zdecydowanie nie było miłe z jego strony! Żeby tak go zostawić?
Kocur zmrużył oczy jeszcze mocniej, jakby starał się przebić gęstą ścinę drzew, aż do miejsca, w którym teraz mógł podziewać się jego dawny przyjaciel, lub, jak kto woli, kupka jego kości, zniszczona od ciągłego ostrzenia o nie pazurów. Zapewne robi teraz coś ważnego. Przykładowo bezsensownie walczy ze swoimi równie bezsensownymi wrogami z innej bezsensownej społeczności. "KLANY". Phi!
Łaciaty kot powoli wstał i balansując wszedł na ogrodzenie sąsiedniego ogrodu. Tego, który kiedyś należał do Rdzawego, a teraz także należy do Rdzawego, jednak nieco innego. Ten był zdecydowanie fajniejszy. Przynajmniej nie opuszczał nikogo dla lasu!
Kocur zeskoczył z płotu z gracją kuli do kręgli, po czym potoczył się do drzwi domu jego nowego przyjaciela. Przez klapkę dla kotów powoli wyszedł wysoki, smukły kocurek.
- Cześć, Łatku! - zaśmiał się i doskoczył do czarno-białego kota, który uśmiechnął się wesoło i poruszał życzliwie wąsami - Moi państwo sprawili mi dziś nowy drapak! Pokazałbym ci go, ale wiesz, jak będzie. Wyrzucą cię za drzwi i jeszcze ciebie nie będą wypuszczać z domu! A ty, Łatku? O czym tak myślisz? - zapytał przeciągając się. Spojrzał na Łatka zielonymi oczyma, w których iskrzyła radość i chęć zabawy. Jak u starego Rdzawego, a właściwie Ognistej Łapy*.
- Miałem kiedyś przyjaciela, Rdzawy! Był taki jak ty, z charakteru i wyglądu, naprawdę! Uwierz mi, gdyby ktoś postawił was obok siebie, to za żadną, ale to żadną piłeczkę na świecie nie potrafiłbym was rozróżnić. Ale jedna rzecz was różniła: ten dawny przyjaciel miał nietypowe hobby. Rozumiesz? Podczas gdy inni mają spanie, zabawę ze swoim państwem, hasanie po cudzych ogrodach, albo choćby kotki, on miał DZIKIE KOTY. - Rudzielec pokiwał w zaciekawieniu głową. - No, widzisz Rdzawy, ten znajomy dostał propozycję nie do odrzucenia, mianowicie: mógł odejść do lasu i żyć z dzikimi kotami, albo zostać pieszczochem. Roztyć się, jak Henryk, niechspoczywawpokoju, nudzić się i nigdy nie zaznać przygody. Wiesz, wiódł trudne życie, jak ostatnio go spotkałem to był strasznie chudy! Jakby nic od czasu ucieczki od ludzi nie jadł!
 - Spełniał swoje marzenia? Nie sprzeciwiałeś się? - spytał nieśmiało rudy.
 - Trochę się sprzeciwiałem. Wiesz, smutno było bez kogoś do pogadania... - odpowiedział kręcąc lekko głową.
Rdzawy pokiwał łbem, po czym powiedział:
 - W sumie to by było troszkę nie fair z twojej strony, gdybyś jednak go zatrzymał. Tak mi się wydaje. To w końcu było jego marzenie, prawda? To byłoby samolubne z twojej strony. Pewnie byłby nieszczęśliwy żyjąc jako pieszczoszek. A co to za życie, gdy jesteś nieszczęśliwy? - miauknął. Pociągnął nosem patrząc na zawstydzonego Łatka. Czarno-biały kocur spuścił głowę i pomachał nerwowo ogonem.
Rdzawy jednak nie musiał być samolubem. To on nim był.
---
Bardzo krótki oneshot, bo czemu by nie?
---
Smużek aka Łatek (swoją drogą wyszedł mi tutaj na strasznego hipokrytę, prawda?). Czy tylko mi jest troszkę go szkoda? Niby Ognista Gwiazda był kotem z przepowiedni, a jak wiadomo przepowiednie muszą się spełniać, ale... Troszkę mi szkoda Smużka. Mógłby być ciekawą postacią. A co sądzisz TY?
*Przypominam, że Łatek nie wie, że Ognista Łapa awansował na Ogniste Serce i Ognistą Gwiazdę.

Czawrte brzęczenie

byłam pewna, że już to wstawiłam |D
Pszczelą Łapę przeszedł dreszcz grozy. Więźniem? Ciesz się życiem, dopóki jeszcze je masz? A więc tak wyglądają potomkowie Ognistej Gwiazdy wobec innych Klanów. Nie są już najbardziej tolerancyjnymi ze wszystkich kotów. To... okropne! Jak można stać się tak niegodnym Gwiezdnych w nie więcej niż trzy, cztery pokolenia?
Kotka przymknęła oczy czując lekkie szczypanie w oczach, gdy krople krwi spływały jej do oczu. Oto dzieło synów wielkiego Ognistej Gwiazdy!
 - Wstawaj! - zawołał kocur, po czym zdjął z niej łapę i trącił nią w jej łeb. - Idziesz przede mną i nie próbujesz uciec. Nie uda ci się. Tak samo, jak nie uda ci się mnie przekupić, nędzny szpiegu - wypluł z siebie. Czemu wszyscy Gromowi wojownicy kierowali się w jej stronę z takim jadem? Jakby nagle zamiast kotów pojawiło się przed nią stado żmij i starało się ją oślepić plując jej w oczy. Było to niezwykle irytujące i niemiłe.
Pszczela Łapa podniosła się z trudem i stęknęła, gdy jej próby prostego stanięcia zostały brutalnie zniweczone. Jej prawa tylna łapa była obolała, najpewniej nieco uszkodzona przez niewłaściwe stanięcie na niej.
 - Zamknij się i idź! - syknął wojownik popychając ją do przodu. Kotka wymamrotała coś niewyraźnie i utykając ruszyła do przodu. Jak na jej pierwszą walkę poszło jej całkiem umiarkowanie. Żaden z jej braci nie potrafiłby zatrzymać tak silnych ciosów.
"Głupota! Może to dlatego, że nigdy nie weszliby na teren innego Klanu, mysi móżdżku!" miauknęła rozżalonym tonem w myślach.
Czemu nie posłuchała się Zająca? Czemu nie została w Obozie, tak, jak ją o to prosił? Była taka głupia i zaślepiona własnymi sprawami! Tak mocno wierzyła w to, że uda jej się przekonać Gwiazdę innego Klanu, że zaryzykowała własne życie, które mogło w każdej chwili się skończyć. A może po prostu odezwała się w niej chęć przygody, o których z takim zapałem opowiadali jej starsi członkowie Klanu? Nie widziała wtedy ich konsekwencji: koty te były pokryte licznymi bliznami, miały powykręcane kończyny, albo cierpiały na ich brak. Często skarżyły się młodym na bóle stawów, a to, co dotychczas Pszczoła uważała za zabawne nieporozumienia, stawało się zwykłym zanikiem słuchu, lub wzroku.
 - Nie wlecz się tak. Nie chcesz spotkać zmęczonego Gawroniej Gwiazdy. - Kotka niemalże poczuła, jak kocur się wzdryga. Czyli czyjeś zwykłe zmęczenie potrafi przerazić tak groźnego wojownika, jakim był nieznajomy? 
Nim kotka się obejrzała znalazła się w obozie Klanu Gromu. "To niemożliwe! - pomyślała, na przemian mrugając szybko i rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem. - Albo ich obóz jest niesamowicie blisko granicy, albo zbyt mocno skupiłam się na bólu".
Szczupły wojownik, który jej pilnował przywołał do siebie strażnika pilnującego wejścia do obozu i nerwowym szeptem zaczął mu coś tłumaczyć. Strażnik pokiwał głową i odszedł do niewielkiej kamiennej jamy, by po chwili wyjść z wysokim kocurem o lodowo-błękitnych oczach i lśniącym, czarnym futrze. Majestatyczny kot przywołał do siebie wojownika, z którym walczyła Pszczoła, a ten niemalże natychmiast znalazł się przy nim.
Strażnik podszedł do terminatorki i prychnął pogardliwie.
 - Do tej pory nie powinnaś żyć. Nie wiem, co napadło Wierzbowego Ogona, że przyprowadził cię tutaj. - Popchnął Cienistą łapą i skrzywił się widząc jak utyka. - Coraz gorzej trenują tam uczniów, za czasów mojego terminowania było lepiej - wymamrotał do siebie. Odprowadził ją pod norę, w której kiedyś prawdopodobnie mieszkały borsuki. Była dosyć duża i solidna.
 - Medyczko! - zawołał niecierpliwie machając ogonem. - Medyczko! Na Klan Gwiazd, jak można się tak powolnie poruszać! Toż to nawet pieszczoszki szybciej drepcą! - nie czekając na pojawienie się uzdrowicielki płynnym ruchem wepchnął tam Pszczelą Łapę, która sturlała się po piaskowym podłożu na sam dół legowiska.
Biszkoptowa zacisnęła mocno powieki tłumiąc płacz. Zwinęła się w kłębek i pociągnęła nosem. Nie do końca rozumiała co właśnie się stało, ale wiedziała, że to na pewno nie jest dobre ani dla niej, ani dla jej Klanu. Gdyby była chociaż trochę mądrzejsza... Czemu składała się tylko i wyłącznie z głupoty i odrobiny szczęścia, która uratowała ją przed utratą wzroku?
 - Uspokój się. Na-ten-tych-miast, smarkulo! - usłyszała chrapliwy głos, najprawdopodobniej należący do starszej kotki. - Że też ta młodzież nie może sobie robić wypraw do, dajmy na to, jeziora! Wtedy nie byłoby takich kłopotów, od razu by się głupie bachory potopiły! Usiądź prosto! Podnieś głowę i się nie trzęś. Nie trzęś się, powiedziałam. Głucha jesteś? - Pszczela Łapa wykonywała polecenia bez najmniejszego sprzeciwu. Kilka razy nie udało jej się powstrzymać pociągnięcia nosem, za co od razu dostawała reprymendę od starszej kocicy.
 - A teraz patrz... Nie, nie, nie otwieraj oczu, to było metaforycznie... i się ucz! Przyda ci się w przyszłości. Bierzesz nagietek, korzeń albo liście łopianu, bez różnicy, i korzeń trybuli. Przeżuwasz, wypluwasz i taką papkę nakładasz na rany. Powinno zniwelować infekcje, ale oczywiście, jak Gwiezdni mocno wzywają, to nawet dziewięć żyć nie pomoże, bo zabiorą. No. A teraz masz, zjedz - miauknęła zadowolona medyczka i wepchnęła do pyszczka Cienistej niezidentyfikowane zioło o gorzkim smaku. Ta przeżuła je niechętnie powstrzymując krzywienie się pyszczka. Roślina była niesmaczna i wchodziła pomiędzy zęby. - To rumianek. Dużo rumianku. Powinien pomóc ci się uspokoić.
Pszczela Łapa nagle przekręciła głowę słysząc głośne pochrapywanie w, jak podejrzewała, kącie nory. Zapewne uczeń tej medyczki, ewentualnie jakiś pacjent.
 - Wypluj zioła i idź spać - mruknęła gromowa kocica. Pszczela Łapa posłusznie wypełniła jej polecenie i położyła się w kącie legowiska.
Ani trochę nie chciała myśleć o tym co zrobiła. Ani trochę nie chciała myśleć o tym co się wydarzyło, oraz ani trochę nie chciała myśleć o panice, jaką wzbudzi, gdy reszta klanu odkryje brak jednego z uczniów. Przyznawanie się do winy było niezwykle męczące, zwłaszcza, gdy i tak na nic nie ma się siły.
Ale w końcu będzie musiała przyznać się do głupoty, jaką popełniła. Kotka obawiała się, że to "w końcu" uderzy niespodziewanie i z pełną siłą, jak łapa borsuka spada na bezbronnego kota.